KOSZMAROWA, styczeń 2009 2009-01-14 17:03:34


ZMIANA CZY STATUS QUO?
Czego potrzebuje polska demokracja


Obecna konfiguracja sceny politycznej w sposób szczególny uwypukliła nam poważny problem polskiej demokracji. Chodzi oczywiście o kontrowersję wokół konstytucyjnego podziału kompetencji w ramach władzy wykonawczej. Ten legislacyjny dysonans stanowi chyba jedno z najważniejszych wyzwań naszego młodego parlamentaryzmu.

Konstytucja III RP obowiązuje od 1997 r. Jak na kaliber ustawy zasadniczej nie jest to specjalnie długi okres. Czy należy więc wyciągać daleko idące wnioski? Czy pojawiające się często głosy o konieczności zmian są racjonalne? Lepsze będzie zaryzykowanie zmian czy zachowanie status quo? Okres kilkunastu lat to dla rozwoju demokracji niewiele. Zwłaszcza jeśli wzrastała ona na ugorze pozostawionym po rządach monopartyjnej dyktatury socjalistycznej. Parlamentaryzm jako ustrój potrzebuje dużo czasu na ukształtowanie się nieformalnych, zwyczajowych mechanizmów, niezbędnych do jego właściwego funkcjonowania.

SEDNO PROBLEMU

Polska ustawa zasadnicza tworzy płaszczyzny umożliwiające pewną dowolność interpretacyjną. Są nimi na przykład polityka zagraniczna czy ratyfikacja umów międzynarodowych. Ważnym, jeśli nie najważniejszym narzędziem udziału prezydenta RP w życiu politycznym jest możliwość wetowania ustaw. Do odrzucenia sprzeciwu głowy państwa przez Sejm potrzeba większości kwalifikowanej aż dwóch trzecich głosów. Piszę „aż”, bo zazwyczaj żadna koalicja rządowa nie dysponuje w Polsce tak dużą ilością posłów.

„PLUSY DODATNIE”

Stosunkowo silna pozycja prezydenta w polskim systemie politycznym jest niewątpliwa. Czy ma ona swoje uzasadnienie? W młodej, postkomunistycznej demokracji żaden ośrodek gry politycznej nie powinien posiadać zbyt dużo władzy. A więc: przede wszystkim nie szkodzić. Prezydent ma pełnić rolę swego rodzaju hamulca bezpieczeństwa. Konflikty w obrębie egzekutywy można też złożyć na karb niskiej kultury politycznej. Bo przecież choćbyśmy mieli doskonałą konstytucję, pozostaje smutny problem jakości klasy rządzącej.
Może lepiej więc zostać przy starym modelu władzy i spokojnie poczekać, aż politycy się do niego dostosują? Zwłaszcza że zasadniczą wartością konstytucji jest jej niezmienność. Być może w dłuższym okresie czasu taka strategia nam się opłaci? Na pewno niewskazane jest zmienianie ustrojowego szablonu jedynie pod wpływem aktualnych politycznych niesnasek.
Najważniejsza pytanie, które należy sobie zadać w obliczu nękających nas wątpliwości, jest następujące: czy my, Polacy, na tym wszystkim zyskujemy?

„PLUSY UJEMNE”

Odpowiedź nie jest prosta, ale spróbuję zaryzykować tezę: nie, my tracimy. Konstrukcja podziału kompetencji wewnątrz egzekutywy jest zbyt zachowawcza. Charakterystyka polskich elit partyjnych jest przecież zdecydowanie rywalizacyjna. Paradoksalnie, dopóki będą one funkcjonować w logice wymuszonego konsensualizmu, nie wykorzystają w pełni swoich możliwości, tracąc energię na niepotrzebne spory.
Rozwiązaniem byłoby zmniejszenie pola konfliktu poprzez podarowanie większej odpowiedzialności jednej ze stron. Nie jestem oczywiście aż tak naiwny, żeby uwierzyć, że zaraz po zmianie konstytucji brać poselska i rządowa w pocie czoła rzuci się do pracy na rzecz dobra wspólnego. Dałoby to zwyczajnie większą swobodę działania, która nie powinna już raczej stanowić zbyt wielkiego niebezpieczeństwa dla Polski i Polaków.
Warto przy tym zapytać: czy „kartka wyborcza” nie jest najskuteczniejszym weryfikatorem wprowadzanych reform? Żadna z partii rządzących w Polsce nie zwyciężyła dotychczas w drugiej elekcji z rzędu. Nie zapominajmy o proporcjonalnej ordynacji wyborczej wymuszającej zawiązywanie koalicji rządowych, a więc dzielenie się władzą. Czy polskie państwo w swej substancji nie jest zbyt słabe, żeby rozbijać je dodatkowo asekuracyjnymi schematami konstytucyjnymi?

JAK TO ROBIĄ INNI?

Warto podkreślić, że obowiązujące w Polsce rozwiązania kompetencyjne dosyć wyraźnie odbiegają od tych w największych krajach Unii Europejskiej. Generalnie można powiedzieć, że wszystkie one (Wielka Brytania, Hiszpania, Francja, Niemcy, częściowo Włochy) dysponują względnie silnym ośrodkiem władzy, w którym skupiona jest znacząca jej część. Bardzo mocną lub mocną pozycję mają tam szefowie rządów lub prezydent (we Francji). Przy pewnych zastrzeżeniach są oni mniej skrępowani przez funkcjonujące oprócz nich podmioty władzy wykonawczej. Tak więc najsilniejsi na arenie międzynarodowej i gospodarczej europejscy gracze używają innych narzędzi niż my. Czy można rywalizować w ten sposób jak równy z równym?

Wszystkie państwa dochodziły do właściwego sobie podziału władzy w sposób ewolucyjny, własną drogą. Możliwe, że obecne permanentne przesilenie polityczne stanowi dla nas pewien drogowskaz. Być może ta trudna sytuacja wskazuje nam potrzebę zmian. Z drugiej strony życie lubi płatać figle. Czemu więc nie miałoby być jednak zupełnie odwrotnie? Być może to konstytucja jest dobra, a rzeczywistość polityczna pod jej wpływem stopniowo się zmieni? Przynosząc w ten sposób naszym wnukom albo prawnukom choć częściową ulgę.

skomentuj (0)

KOSZMAROWA, listopad 2008 2008-11-20 17:40:29

RZĄDY W POTRZASKU

Już rok mija od objęcia rządów przez koalicję PO- PSL. Wielu jest rozczarowanych brakiem znaczących zmian. Wielu spodziewało się więcej po partii, która wygrała rywalizację między innymi dzięki deklaracjom profesjonalizacji polskiej polityki. Czy są podstawy do krytyki dotychczasowych osiągnięć koalicji? Jakie mogą być przyczyny dotychczasowego stanu rzeczy?

Nie bez kozery złośliwi i niecierpliwi wytykali Platformie pustosłowie zapowiedzi o legendarnych już niemal „szufladach pełnych ustaw” z kampanii wyborczej. Faktem jest, że przez dosyć długi czas nie przeprowadzono przez Sejm prawie żadnych znaczących dla kraju rozwiązań. Jak to rozumieć? Czy na pewno należy składać brak legislacyjnej ofensywy na karb braku pomysłów i nieudolności kompetencyjnej? Trudno powiedzieć. Z jednej strony można przychylać się do argumentów koalicji: porządek prawny Rzeczypospolitej jest przeładowany regulacjami, nie należy dokładać do tego chaosu kolejnych niepotrzebnych ustaw. Ilość przygotowanych projektów nie może być wyznacznikiem jakości rządzenia.

KRAJOWY KLINCZ

Dosyć niespodziewanie rządzący zmienili jednak podejście i zapowiedzieli na październik wielką ustawodawczą ofensywę. Parlament miał zostać zalany projektami, co stoi chyba niejako w sprzeczności z wcześniejszymi zabiegami retorycznymi. Trzeba oddać, że zmiany miały obejmować między innymi deregulację poprzez likwidację części niepotrzebnych przepisów. Reformy obejmują również bardzo istotne dziedziny, jakie stanowią służba zdrowia i system emerytalny. W obu przypadkach zanosiło się na to, że niezbędne dla Polski rozwiązania mogą utknąć w martwym punkcie albo zostać poważnie zahamowane. Prezydenckie veto będzie stanowiło zaporę nie do przejścia, zwłaszcza w obliczu małej szansy na porozumienie z Lewicą ( nie wspominając o PiS-ie) w sprawie jego odrzucenia.

ZAGRANICZNA SZOPKA

Również na polu polityki zewnętrznej występują dosyć często daleko idące perturbacje. Nie trzeba chyba szerzej przytaczać wydarzeń związanych z wyjazdem naszych przywódców na szczyt Unii Europejskiej w Brukseli. Większość obserwatorów życia politycznego zainteresowanych dobrem kraju poczuło w związku z nimi zażenowanie i gniew.

PYTANIA O USTRÓJ

Opisana powyżej blokada decyzyjna daje prawo do stawiania pewnych ważnych z punktu widzenia interesu narodowego pytań. Czy konstytucyjne obwarowania podziału władzy nie stanowią zbyt daleko idącego jej skrępowania? Czy zastosowane rozwiązania nie są zbyt asekuracyjne? Czy regulacje wymuszające porozumienie pomiędzy siłami politycznymi zbyt daleko nie rozmijają się z charakterem polskiej kultury politycznej?

Wydaje się że wymienione znaki zapytania stanowią esencję problemów, jakie dotyczą polskiego parlamentaryzmu na obecnym etapie jego rozwoju. Jakość odpowiedzi na te wyzwania zadecyduje najprawdopodobniej o osiągnięciu awansu cywilizacyjnego Rzeczypospolitej w XXI wieku.

skomentuj (1)